Pierwsze, niezmarnowane "okazje taneczne"

Nikomu nie życzę, dla Jego wspomnień, wewnętrznego skojarzenia : -banalne.
Licząc lat 11, po raz pierwszy, też z asystą, ale Siostrzaną, wysłała mnie Mama "na kolonie". Kolonie wtedy (koniec lat 70-tych - he, XX-tego wieku), były częstą formułą organizowania czasu wakacyjnego Dzieci, uczęszczających do ośmio-letnich Szkół Podstawowych.
... i po ukończeniu czwartej klasy, byłem obecny w Andrychowie, poośród dzieci kolonijnych.
Nie umiem ocenić, czy opór wobec głosów kolonistów (nas, dzieci) proszących o "dyskoteki", był prawdziwy, czy też miał (ten opór) poduczyć, umiejętności negocjacyjne, (no... udostępnię "to" słowo) młodzieży ze starszych grup.
Gdy wszedłem na salę gimnastyczną, moja Siostra, też tam przyszła. Chyba też Ona, zachęciła mnie, do naśladowania "tych co umieli"... Moje tańczenie, było zapewne nieśmiałe więc i niezdarne.


Gdy już okrzepłem w "pląsie samotnym", Siostra (nie przyglądałem się czy bywała "proszona do tańca") podpowiedziała :
- poodejdź do dziewczynki, i zaproś Ją, do tańca. (cytat nieprecyzyjny, ale "udział Siostry" wspominam pewnie)
Kolonie zwykle trwały (chyba...) 3 tygodnie. Nawiązywaliśmy "związki koleżeńskie". Częstości dyskotek, nie umiem wspomnieć, ale (he he) potańczyłem, już jako jedenasto-latek.
Pierwsza "prawdziwa" chwila, "nauki tańca" - to kilka lat później, a na tym blogu, w innym "linku".

Jedyny Autor: Andrzej Fejster.